słowa kluczowe: Antwerpia, podróże, samochody.
Historia2011.05.01 07:13

Zamach na Europę

   

Część III. Odcinek ostatni - niestety długi

 
Zawsze wydawało mi się, że właśnie dobijam do mety.

 

CZĘŚĆ III

 

I zawsze okazywało się, że metę właśnie przesunięto. Dziesiąta. Nie mogę się skupić, nic mi nie wychodzi, czerwony bolid śliczny z jednej strony ledwo odratowany z drugiej, po sporym uderzeniu. Właśnie wyszła na jaw sprawa, o której organizatorzy wycieczki nawet się nie zająknęli w Polsce - za wywóz legalnie kupionego auta trzeba zapłacić pośrednikowi załatwiającemu dokumenty eksportowe 350 dolarów. Natychmiast spada siła mojego finansowego rażenia, widzę już jak pokonany wracam do domu panieńskim niechcianym Citroenem. Sławek dogadał się z właścicielami Volvo, rusza teraz na poszukiwanie człowieka, który załatwia potrzebne papiery, ktoś mówił, że można dogadać się tam po polsku. Ponownie wchodzę pomiędzy nadjeżdżające stale auta. Ale chwila - one wjeżdżają czy wyjeżdżają? Okazuje się, że giełda już przeżyła swoje apogeum. Sprzedawcy wybierają solidne drugie śniadanie.

Chyba to był moment paniki, nie byłem w stanie wytłumaczyć sobie, że przecież mogę wrócić ze Sławkiem, we dwóch przyjemniejsza jazda z powrotem, mniejsze koszty. Coś pchało mnie dalej i dalej, auta kupiło już w sumie kilka osób, dziwnym trafem wszystkie z końca naszego autobusu. A ja nie mogę… Plac coraz bardziej widoczny, rzędy pojazdów coraz rzadsze, chmara ludzi siedzi już w odnalezionej przez Sławka przyczepie campingowej, młode Polki mieszkające tu na stałe inkasują jakieś pieniądze, kupione auta ustawiane są na specjalnym placyku. Znów chce mi się pić, rzygać i jeść, sam nie wiem w jakiej kolejności. Stoję pod murem, znów chodzę, oglądam, gadam bez sensu, właściwie nie mam pojęcia kto i jak mnie rozumie.

Z zakamarków pamięci elementy układanki z podstawowym pytaniem: jak to się stało, że za dwa tysiące dolarów kupiłem w tej klasie jeden z najlepszych samochodów giełdy? Escort 1300, rok 1983, to było wtedy naprawdę niewiele, w środku młode małżeństwo dorastające już stażem do innego wozu. Wjechali niepostrzeżenie, wóz był mocno brudny, wciśnięty w dziurę powstałą po minionej "okazji". Pamiętam, że w targach ktoś mi pomagał, jeden ze starszych cieni autobusowych, milczący i niezauważalny, dobrze mówiący po niemiecku. Zgoda, uścisk dłoni, idziemy dalej do przyczepy pośrednika, nie zdemontują nawet radia. Ford wyprowadzony spomiędzy innych wozów nagle zajaśniał, biegałem wkoło i nie miałem do czego się przyczepić. Formalności dokumentowe mignęły, auto postawione do transportu na inny plac, mogę już liczyć tylko to, co zostało mi w gotówce. Niewiele - ale mam wszystko co mieć chciałem. Kierownictwo wycieczki decyduje: co by się nie stało zostajemy na noc w Antwerpii, nocujemy w hotelu kilka kilometrów dalej, prawie centrum. W samą porę - właściwie nie trzymam się już na nogach, prawie tracę przytomność, nie działa wódka.

===================

 Wycieczka podzielona na dwie części, zdaniem jednej z nich kupili auta oczywiście alkoholicy i durnie, reszta jedzie dalej, chyba do Holandii. Ruszamy z giełdy

 z kopyta, za oknem przesuwa się Antwerpia, teraz stara i zakurzona. Im bliżej centrum tym węższe uliczki, szerokie aleje przelatujemy jakby na skróty, trudno zapamiętać gdzie co jest, gdzie kierunki świata. Na końcu drogi gmaszysko rodem z realnego socjalizmu - Dom Marynarza. Trochę zamieszania na dole, dostajemy po jednoosobowym pokoju, kierownik stara się rozdzielić od siebie posiadaczy nowych pojazdów. Sterylnie czyste wnętrze z pojedynczym, smutnym łóżkiem, żadnego radia. Umowa jest taka, że maksimum dwie godziny spania, kąpiel, potem spotykamy się u kobiet na kielicha triumfalnego, może przy okazji wymyśli się jakiś obiad. My, posiadacze, nie damy się reszcie!

Ciepła woda wygania z ciała część emocji, ale i tak leżę w półśnie, bronię się przed własnym Fordem usiłującym mnie rozjechać, walczę z cudzą ręką wlewającą mi do gardła ciepłą gorzałę. A potem ciemność, przegrzany kaloryfer i natarczywe pukanie do drzwi. To już?

Zanim przebrałem się w czyste ciuchy wykonałem w nowym pokoju prawdziwy taniec szalonego ducha. Nie było stałego punktu odniesienia! A wiem już, że będę tu minimum trzy dni, tyle trwa załatwianie dokumentów wywozowych. Numer pokoju? Za mało. Piętro? Za ogólnie. I raptem jest, za oknem, mniej więcej dwieście metrów od niego, moja najprawdziwsza kotwica! Jedyna i niepodrabialna! W ciągu starych kamienic sklep z zaciągniętymi żaluzjami. Na zielonkawych listwach starannie wymalowany napis: Nani Ki Dukan. Nie ma takiego języka! Nie ma - i dobrze. Byle bym pamiętał ten idiotyzm!

=====================

Był obiad, wódeczka, gadanie, kolacja, spacerowanie, znowu wódeczka. Następnego dnia rano okazało się, że wycieczki już nie ma, pojechali podobno wczesnym rankiem w niewiadomym kierunku. Recepcja twierdzi, że nic nie zostało opłacone, nie ma innego wyjścia, jak zebrać wszystkich, wszystkie pieniądze, każdą puszkę i zupkę w proszku, nawet złotówki na polską część podróży. Hotel jest piekielnie drogi, ale nie znamy miasta, nie wiemy jak się poruszać, gdzie pójść, gdzie kupić choćby chleb. Ile kosztuje tutaj litr paliwa? Czy pośrednik nie wyciągnie od nas dodatkowych pieniędzy?

Miesiąc później nie miałbym najmniejszych wątpliwości: recepcjonista nabrał nas jak dzieci. Zarobił na pozostawionej grupie niemal tysiąc dolarów. Miesiąc później usiłował w identyczny sposób nabrać mnie po raz drugi. Najpewniej trzeba było nie płacić, wezwać kierownika hotelu, zażądać tłumacza, okazać dokumenty opłacenia noclegów w Polsce. Gdyby nie udało się do końca, oszczędzili byśmy co najmniej połowę. Tylko kto to do cholery wiedział tego akurat dnia?

To jest tratwa, możemy albo równo wiosłować, albo potopić się czym prędzej, dla mniejszego bólu. Smutek? Nie, nie ma smutku, jakoś się wszystko bilansuje, fakt, że na krawędzi, ale jednak… Właściwie nie znam wszystkich uczestników tego odosobnienia, to nadchodzi stopniowo i wcale nie jest takie wesołe. Rolnik spod Radomia najwyraźniej ma kasę, wybiera się na panienki, są tuż obok, niemal za murem hotelowym. Taksówkarz z Łodzi goły, tylko na benzynę do Poznania. Ale rolnik forsy nie da, to taka jego miedza za którą da się zabić, taryfiarz obiecuje prowadzenie ekipy w drodze powrotnej. Wiem, że łże jak pies, ale co mu można zrobić? Dwie jedyne kobiety rozbitków deklarują opłacenie wyłącznie własnych pokoi, dorzucają ogromną torbę wypchaną po brzegi metalowymi puszkami. Chciały kupić ekspres do kawy, dobra, najwyżej nie kupią, rozliczymy się w Warszawie. Przechodzimy na potrawy niewyszukane, zawsze o stałej konsystencji. Sławek ciągnie do flaszki w pobliskim sklepie, ja do piwa w barze obok, mówią dobrze po polsku, właścicielka wie gdzie skręcić w Niemczech, by nie nadłożyć stu kilometrów. To się teraz wszystko liczy. Ostatnią noc mamy spędzić już we dwóch, może jakoś uda mi się przemycić Sławka do pokoju. Kto płaci za pokój? Głupie pytanie, przecież ważniejsza odpowiedź: nie płaci ten, któremu do hotelu uda się wejść po cichu.

Nad Antwerpią tymczasem przewala się prawdziwa wiosenna nawałnica, od strony morza gnają masy otumaniającego, mokrego powietrza, robi się tak ciepło, że nasze kurtki wędrują do szaf. Sklep na najbliższym od hotelu rogu: o dziwo da się regulować rachunki w dowolnej walucie, dolary przeliczane na franki, reszta we frankach właśnie. Miasto jest coraz przytulniejsze. Dwóch najmłodszych, najszybciej regenerujących siły idzie na zwiady. Wracają z triumfalną wiadomością. Nie jeden burdel jest obok, ale cała dzielnica burdeli! Wybieramy się tam wieczorem, dziewczyny oczywiście też, tak sobie, popatrzeć. Uczniowie urwali się ze szkolnej wycieczki w środku lasu, pokrzyczeć i połamać kilka drzewek… Ależ dokładnie tak się zachowujemy… Nasza tratwa jednak płynie!

Obrazy, migawki, strzępki urwanych dialogów. Przez kilka następnych dni nie dzieliło ich nic, wszystko przechodziło płynnie we wszystko, w następne zdarzenia. Pięciu chłopa, dwie kobiety, wzajemne przekrzykiwanie się, postukiwanie kieliszkami. Znalazła się forsa nawet na fałszowaną w pobliskim żydowskim sklepiku whisky, Sławek przytargał, chyba z portu, ogromną wędzoną rybę. Potem chodziliśmy, ale nikt nie wiedział gdzie i po co. Zanim reszta grupy zdołała policzyć pieniądze za rzekomo nie opłacone nasze noclegi - znaliśmy już wszystko i wszystkich. Bar na rogu: Polka osiadła tu przed laty. Pół hotelu: uchodźcy polityczni o czarnych lub czarniawych twarzach. Już pierwszego wieczoru zorganizowaliśmy z nimi festiwal kociej muzyki w barze na parterze. Na burdelowym rogu sto metrów dalej całodobowy interes prowadzili Żydzi z Odessy, specjalność nie zginające się buty dla młodzieży i telewizory kolorowe wyłącznie z nazwy. Nasz były autokar, miejsce naszej udręki i radości, odjechał nie wiadomo gdzie, dosłownie i w przenośni. Starannie zatrzasnęliśmy za nim drzwi pokoi.

Docieraliśmy do Centraal Station, na ulice jubilerów i złotników, kręciliśmy się po małych, ciasnych uliczkach, wymienialiśmy pieniądze w okolicznych bankach. Te przy okazji poczęły się jakby mnożyć w kieszeniach członków grupy. Nikt tego nie komentował, skoro było to było, dookoła tyle pokus. Miasto ani przyjazne, ani wrogie, zostawiało każdemu tyle swobody, ile akurat potrzebował. Marzył nam się talerz porządnej, ciepłej zupy, powoli wlewanej do przełyku. Konserwy szły o tyle, o ile czymś się je popijało. Długie spacery bardzo szybko zamieniliśmy na spacery tematyczne, ale krótkie. Dzisiaj szukamy najlepszego i najtańszego ekspresu do kawy. Jest? Dobra, niech będzie dalej. Opłacało się wrócić do hotelu, wypić trochę wódki lub piwa, zasnąć, znowu pospacerować.

====================

Pojawiają się i znikają postacie belgijskich peregrynacji… John Lambrechts, nasz pośrednik przy załatwianiu dokumentów - niewielki mężczyzna, raczej wyrośnięty krasnal, okazał się przypadkiem postacią znaczącą w światku tamtych układów. John miał prawo do prowadzenie własnego punktu rejestracyjnego, parę miesięcy potem zobaczyłem jego dom, rzeczywiście miał w pokoju końcówkę komputerową miejscowego Wydziału Komunikacji. Ale wówczas, na tej pierwszej giełdzie, urzędował w niewielkiej przyczepie i po prostu kosił szerokimi ruchami pieniądze, jakie nowi nabywcy przynosili mu sami, pod nos. Pracowały na jego rzecz dwie Polki, Ewa i Cecylia, co to jednak znaczy łatwość porozumienia się z rodakami. W gruncie rzeczy ich obowiązki wcale nie sprowadzały się do wypełniania kwitków, chodziło raczej o umiejętne zasiewanie wątpliwości dotyczących podróżowania na skróty, bez oficjalnych dokumentów. Tego złapała niemiecka policja, tamten wpadł na polskiej granicy, sekwestracje, zajęcia, tragedie… Ewa, była stewardessa, nie miała najmniejszych oporów, by do kupionych samochodów przyczepiać dowolne tablice rejestracyjne, podobno jako pracująca w garażu miała takie prawo. Kolejne zdobyte setki dolarów inwestowała z niezwykłą starannością, w starej części Antwerpii miała już kilka kamienic wyremontowanych od podstaw i wynajmowanych. Cecylia, mniej przezorna, po jednym giełdowym sezonie założyła w centrum miasta sklep z polskimi towarami, zbankrutował równie szybko, to już nie był czas na kryształy i koronki. John tymczasem patronował temu wszystkiemu, żaden szczegół nie był pominięty, za każdą czynność kapały kolejne pieniążki. Z niewiadomych początkowo przyczyn uznał mnie za tłumacza i przewodnika grupy, nadal tkwiącej teraz w drogim hotelu, nadal osieroconej przez kierownictwo uciekające gdzieś po Holandii przed kolejnymi wierzycielami. Tłumaczyłem jego niezbyt wyszukane dowcipy, kategoria koszarowa, jeździłem z całą resztą po miejscach, w których rzekomo coś miało się dziać z naszymi świeżo zakupionymi samochodami. John mnożył przeszkody do pokonania, zachowywał się jak człowiek, któremu absolutnie nie zależy, by nasza grupa kiedykolwiek opuściła jego coraz cieplejszy, wiosenny kraj. Przede wszystkim zaś usprawiedliwiałem wieczną niepunktualność tego małego miłośnika wielkich amerykańskich limuzyn. Swój zawód uprawiał dla pieniędzy, to w środowisku, z którego pochodził, traktowane było jak kolejny wybryk syna marnotrawnego. Z natury leniwy, przekupny, zawsze gotów do każdego intratnego szwindelku lgnął podświadomie do takich samych Polaków. Tak długo czarował polskich murarzy, elektryków, spawaczy i geszefciarzy, póki nie natknął się na mnie. Dziennikarz kupuje używane auto? To mu się nie mieściło w brodatej łepetynie, w gotowym i zamkniętym obrazie prostackiej, odległej Polski. Czy u was banki nie są zainteresowane, abyś za pożyczone od nich właśnie pieniądze jeździł nowym, luksusowym samochodem? To jak wy macie się rozwijać? Co u was robią specjaliści od marketingu bankowego?

 

CZĘŚĆ IV

Zainteresowanie Johna, niewątpliwie miłe, rodziło jednak coraz więcej nieporozumień. Tuż przed wyjazdem zaproponował nam, byśmy spakowali się w ciągu kilku dosłownie minut, natychmiast pojechali z nim na granicę odległą o kilkadziesiąt kilometrów - bo on ma ochotę odebrać nasz VAT. Powiedziałem twardo NIE, ekipa wyszła właśnie z baru, byliśmy co najmniej wstawieni. Nie pojedziemy, nie może nas do niczego zmusić, nie może grozić zatrzymaniem samochodów, bo mu ich po prostu nie wydamy. Auta stały już częściowo pod hotelem, chodziło o złapanie ostatnich kilku godzin snu przed nieznaną podróżą. Wtedy wbity w garnitur cedziłem informacje powoli, poszukując odpowiednich słów. John uznał to za wyrafinowane działanie. Odpuścił. Zapytał tylko czy kiedyś tu wrócę. Tak, powiedziałem i dodałem: ale za każdym razem będzie tak samo. Bo to ja mam pieniądze, ja kupuję rzeczy niesprzedawalne innym Flamandom, ja spodziewam się minimum przyzwoitej obsługi od mojego pośrednika. John nie wiedział jak daleko sięga desperacja moja i grupy. Poddał się - choć nie miałem najmniejszej wątpliwości, że z mocnym postanowieniem odegrania się w przyszłości.

==================

Dzień odbioru samochodów, niemal zdążyliśmy już zapomnieć jak wyglądają… Popakowane bagaże wyniesione przed jedenastą do recepcji, biegamy wokół hotelu jak nieprzytomni. Kiedy przyjedzie? Mija pierwsza godzina, potem druga i trzecia. John z kierowcami powożącymi nasze pojazdy mają zjawić się lada moment, zaraz, właściwie nie wiadomo czemu nie ma ich do tej pory. O piątej po południu liczymy pieniądze, musi wystarczyć na jeszcze jedną dobę hotelową. Jakimś cudem udaje się, recepcjonista najwyraźniej spodziewał się takiego rozwiązania. Bagaże ponownie na górę, telefonuję do Johna po raz nie wiadomo który: pana Lambrechtsa nie ma w domu. I znów. I jeszcze raz. Nie ma i nie ma. Robi się ciemno i tylko głupek z tak zestresowaną, podpitą grupą może pchać się w kierunku autostrady. Decydujemy: polski bar, mocne piwo Duvel, potem niech się dzieje co chce. Na wszelki wypadek najmłodszy staje na warcie przed barem, ja zanurzam się po raz kolejny w miły niebyt. Mam to wszystko w dupie, Sławka pewnie uda się przemycić do mojego pokoju, potem ciepła kąpiel, trochę spania, jutro wszystko się wyjaśni…

Samochody przyjechały w połowie kolejnego piwa. Nie wszystkie, po trzy trzeba pojechać gdzieś poza miasto, ponoć tam był robiony ich przegląd techniczny. Jedziemy oczywiście całą ekipą. Dołączają ludzie z innych grup, trochę nas to pociesza, jest między nimi i taki oryginał, który zna wyłącznie kwotę, jaką wydał na auto - ale nie wie na jakie, w jakim kolorze, z jakim silnikiem. Okazuje się, że to niebieskie, kiepsko utrzymane Volvo, niesposób namówić je do jazdy na wprost, wymiany wymaga właściwie cały układ kierowniczy. Tymczasem wszystko nieważne! Mam we krwi ponad promil alkoholu, John pociesza, że najważniejsze to nie spowodować w Belgii kolizji, poza tym policja nie czepia się. Lokalizujemy jakoś nasze auta, pilot tworzy mini kolumnę, rusza w tempie ekspresowym, wyraźnie czeka na zgubienie się ostatniego. Jak dojechaliśmy? Nie pamiętam. Było jak po sznurku, zderzak w zderzak. Hotelowy parking na szczęście pusty, ustawiamy auta, umawiamy się na jutro rano. Dziesiąta? Boże, toż noc taka młoda… Znów idziemy do polskiego baru.

Tej nocy nawet nie próbowałem usnąć. Kąpiel, golenie, znów kąpiel, ponowne przepakowanie bagaży. O czwartej nad ranem nie wytrzymuję, idę na dół, do samochodu. Podoba mi się z każdą chwilą coraz bardziej i bardziej. Sen za kierownicą przyszedł niezauważalnie, obudziło mnie przejmujące zimno. Obok we wszystkich samochodach spali ich nowi właściciele, rolnik spod Radomia pucował karoserię. Pięć metrów dalej, na tle napisu Nani Ki Dukan, defilowały panienki wracające z nocnej zmiany przy porcie. Spokojne, po drugiej stronie linii oddzielającej wesołą dzielnicę od reszty miasta były zwykłymi, porządnymi belgijskimi damami.

======================

Trochę kręcenia się po mieście, pierwsze tankowanie, wreszcie zjazd na prawdziwą autostradę. Prowadzi John w swoim krążowniku, ja mam zamykać kolumnę, na wszelki wypadek dysponuję pełnym opisem trasy do granicy holenderskiej. Siedem pojazdów stale zwiększa tempo podróżowania, zaczynamy wyprzedzać inne polskie kolumny, rozpoznaję je po charakterystycznych rejestracjach. Mój samochód rwie do przodu jak marzenie, ale to i tak jest jazda jak na ogonie szalonego krokodyla. Miejscami przekraczamy 150 na godzinę, rodacy z innych grup zostają gdzieś w tyle. Na granicy John krótko pertraktuje z celnikami, odbiera jakieś pieniądze - i nie na rękę mu dalszy postój grupy. Cześć - i już go nie ma. Znów formujemy własną kolumnę. Jej członkowie niemal przysięgają: będziemy trzymać szyk, nie zgubimy się za żadną cenę. Po piętnastu minutach jazdy po jakiejś dziwnej, bezszelestnej autostradzie wiem, że zostałem sam. Mogę jechać znacznie szybciej - tylko po co? Odpowiada mi taka samotność.

Gubiliśmy się i znajdowaliśmy niemal wyłącznie w miejscach, które polska barmanka opisywała jako szczególnie ważne. Zbliża się Duisburg, skręt w drugą w prawo… Udało mi się w ostatniej chwili, z opon dym, ale doganiam jadący przede mną komplet wycieczkowiczów! Jak się trzymają? Nie wiem, jadę i jadę, robi się coraz ciemniej, grzanie włączone na pełny regulator usypia z każdą chwilą bardziej, uwierają mnie elementy garnituru, po cholerę ja to włożyłem…? W narastającej ciemności znikają charakterystyczne punkty poprzedzających mnie samochodów, Sławek to już nie ozdobny napis na tylnej szybie reklamujący systemy nagłaśniające Pioneer, ale dwa małe, czerwone światełka. Takie same, jak morze innych czerwonych światełek wokół. Niemcy włączają się do ruchu zdecydowanie, przydaje się teraz niezłe przyspieszenie Forda, tylko jak długo tak wytrzymam?

Jadę i śpię. Coś się zdarzyło przed paroma dniami? Gdzieś jechaliśmy dużym, wycieczkowym autobusem? Czy do Domu Marynarza nie trzeba aby skręcić zaraz w lewo? Przed Porta Westfallica chwila najprawdziwszej paniki: światełka okolicznych miasteczek w dole, czyżbym frunął? Nawet jeśli tak jest - to w towarzystwie wielu innych, równie zagubionych samochodów. Przy kolejnej stacji benzynowej burza towarzyska wisi w powietrzu, prowadzący kolumnę jedzie moim zdaniem zdecydowanie za szybko, lada moment coś się stanie. Zwolnijmy, na Boga, zwolnijmy, może trochę snu, jakieś kawy, jedzenie… Ale oni są młodsi ode mnie, mniej zmęczeni, mogą ciągnąć tempo, nie wiedzą o co chodzi. Po godzinnym postoju wszystko uspokaja się, stabilizuje, ponownie ruszamy. Wreszcie prowadzący poddaje się - jego też morzy sen, już nie da rady dalej. Zapadamy w nerwową, zziębniętą drzemkę. Nad ranem budzi nas kolejna kolumna zmierzająca do Świecka, hałasują niemiłosiernie, to ekipa kupująca auta w Holandii, są najwyraźniej mniej zmęczeni, na dokumenty wywozowe czekali piętnaście minut na miejscowej poczcie.

Potem budziliśmy się z autostradowego letargu wyłącznie na przydrożnych parkingach dawnej NRD. Błoto, brud, wokół porozrzucane plastikowe kubki po kawie. Śmierdziało spalonym tłuszczem ze smażalni frytek, ludzkim potem, pieniędzmi i końcem świata. Tubylcy zachwyceni dostępem do zakazanej nie tak dawno waluty gromadzili ją skrzętnie, każdy sposób był dobry, panowało przekonanie, że wszystko to iluzja, lada dzień ktoś dobrobyt odwoła i trzeba będzie wrócić do Trabantów, nylonowej bielizny i Honeckera. Nie pojechaliśmy na Świecko, wtedy przeprawiliśmy się do kraju przez mało znane przejście w Łęknicy. Szybko, przynajmniej jak na polskie warunki, po dwóch godzinach wjazd na polskie drogi. Grupa rozpadła się, zresztą na wąskim pasku dziurawego asfaltu nie wiem kto by ją utrzymał. Było jeszcze jakieś stemplowanie mojej delegacji, cholerny Poznań, fragment polskiej autostrady, piekielne zmęczenie pod Łowiczem. Wars wita was - ojczyzna też. Niech to cholera…

===================

Dojechaliśmy punktualnie o północy. Nasze rodziny wyległy przed dom. Ktoś coś mówił. My mówiliśmy. Zabrałem bagaże, pozamykałem drzwi i bagażnik auta. Na górze dwie godziny drzemania na kuchennym stołku. Ciągle jechałem. Ford stał na ulicy, wtedy w poczuciu złudnego bezpieczeństwa.

Szalona podróż nie była złym pomysłem, ba, mogła być znakomitym pomysłem na przyszłość. Ale nie stało się tak. Dorobiłem się pewnej sumy pieniędzy, jakby nie widząc, że tym samym gestem otwieram ich szalony wypływ. Bywałem potem w Antwerpii wielokrotnie, fascynowała mnie nie tylko jako miejsce do robienia interesów. Dorobiłem się na jej tle - i zbankrutowałem.

 

 

1370 odsłon średnio 5 (1 głos)
zaloguj się lub załóż konto by oceniać i komentować   
Re: Zamach na Europę 
Zenon Jaszczuk, 2011.05.01 o 08:54
Marek Zarębski.
To Ty byłeś prawdziwym turystą, a ja tylko kupić jak zawsze i wracać do domu.
Jak już pisałem auto ucieka spod tyłka przy lekkim dodaniu gazu. Człowiek nie przyzwyczajony do takiego "luksusowego" sprzętu.
Wcześniej z tyłu autobusu poznałem kolegę, kierowca zawodowy. Ustalamy, że jak kupimy auta wracamy razem. Ja oczywiście ze względów oczywistych, kierowca zawodowy ma zmysł patrzenia na znaki, napisy, trafimy bezbłędnie do Polski. Jeszcze na giełdzie woła mnie aby mu pomóc rozmawiac z włascicielem auta. Tyle co rozumię tlumaczę mu, auto wiekowe, ale po generalnym remoncie, łącznie z remontem silnika. Kupuje za grosze i potem jeżdzi w kraju kupę lat. Oczywiście jeszcze wymiana w banku i jedziemy do Polski. Wiechaliśmy na autostradę przed nami rozwidlenia. Leci w prawo ja za nim. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Gdzie jesteśmy? W tym samym mieście. Pytamy jak wyjechac na autostradę. Lecimy, ja za nim, zatrzymujemy się na stacji. Niech cię jasna cholera ty szoferze sasmarkany. Jeszcze raz ten sam manewr. Znów wyjazd na autostradę, on skręca w prawo w/g mnie w to samo złe miejsce. Moja błyskawiczna decyzja, pies cię pies, ja wale prosto. Tyle jechaliśmy razem. Wiadomo zdenerwowałem się i na pierwszym spotkanym postoju zatrzymuję sie dla spokojności. Cholera, jak ja teraz sam z tak wielkiego świata wrócę do Polski. Po chwili siedzenia na ławce podjerzdza policyjny radiowóz. Czyje auto? Moje podaje papiery. Polak? Tak.Był policjant i policjantka. Policjantka mówi witamy pana, sprawdzamy samochody kupowane na giełdzie czy nie kradzione. Cholera pomyślałem jak milo usyszeć policjantke holenderską mówiącą po Polsku i strach, że kupiłem od złodziei i po ptokach. Sprawdzają nr, gdzieś dzwonią z radiowozu. Ku mej radości auto ok. życzymy panu szczęśliwego powrotu do kraju. Wydali mi się ci policjanci nie przeciętnie mili. Rozmawiam trochę z babką, zapraszam do Polski. Pytam skąd zna język Polski. Władze z Holandii wiedząc że zniesienie wiz spowoduje napływ Polaków po samochody już dawno organizowały policjantów z językiem POLSKIM. To się nazywa rządzenie i organizacja. W Polsce już była i więcej nie przyjedzie bo nasza milicja to "zbuje w mundurach". Widocznie miała jakieś doswiadczenie.
Przed granicą coraz więcej żółtych rejestracji - nasi. Wszyscy zkręcają w prawo na jakiś wielki postój z budynkami. Ide zaciągnąć jezyka. Kolejki jak za komuny po kiełbasę. Okazuje się, że jeszcze jakieś opłaty, bez których ,ie wypuszczą, czy nie wolno jechać. Stania kilka godzin. Cholera jasna, człowiek nie wyspany, zmęczony , co robic. Taki stan jednak jest matką "wynalazków". Pieprze wszystko i wszystkich, jadę i tak mnie nie powieszą, powiem, że nie wiedziałem i szlus. Ciemno się robi, benzyny trzeba kupić i grzać. Tankuje mi Niemiec. Ile wybiło marek, daję tyle dolarów i czekam na resztę. A szwab mi mówi, że ain marka, ain dolar polnisze szwein. Ja mówię ty niemiecka, hitlerowska świnio mnie Polaka nie oszukasz dawaj resztę, curik bo dzwonię na policai. Szwargotał pod nosem i coś mi tam wydał, już nawet nie patrzyłem czy dobrze. Poranek w byłym NRDówku zaskakuje mnie "namiotami" wszelkiej maści z napisami kafe, bar. Niemcy wzięli się do robienia kapitalizmu. Patrze pod jednym takim barem stoi maluch i jakiś kupiony samochód na żółtych rejestracjach. Wiadomo, nasi, zatrzymuje się. Smieje sie jak cholera, z Polaka i z Niemca. Polak ma herbatę i chce od Niemca gorącej wody. Polak oszczędna sknera chce wody, Niemiec nowy kapitalista może sprzedać, ale tylko gotową herbatę, a wody nieda . Wypiłem kawę i w drogę. Napotykam w Polsce pierwszy bar,kafe, prysznic. Wiedzą czego trzeba turystom takim jak ja. Zamawiam flaki i podwójny prysznic który jest obok barku w lasku. No jestem jak młody Bóg. Sen na chwilę odchodzi. Cholera przydałoby się przespać, ale uparty wracam do domu z moim cudeńkiem. Tylko wyjechałem jakiś remont drogi. Oczywiście ograniczenie. Jednak nie dla takiej maszyny jak moja, grzeję sobie setką. Patrzę z lizakiem wyłeżć chce milicjant z rowu zagadany z robotnikami. Obok niego gazik. Pomachałem mu ręką i w rurę. Przecież ty i ja wiemy, że gazikiem nie masz szans. Pozdrawiam
zaloguj się lub załóż konto aby odpowiedzieć  
Re: Zamach na Europę   
Były bloger, 2011.05.01 o 09:45
No tak to było. To są właśnie te klimaty. Z tym, ze miałeś dużo szczęścia kupując w Holandii - bo tam full legalne papiery załatwiało się na poczcie. Tak, straszyli, że jak nie załatwisz, to zabiorą, skonfiskują, zwiążą i wyślą na biegun południowy. W Belgii niestety tablice przypisane są nie do samochodu, ale do właściciela. Stąd ten zaraz po sprzedaży pierwsze co robi, to odkręca numery rejestracyjne. A bez nich nigdzie jechać się nie da. Za tej opisywanej pierwszej mojej podróży tak naprawdę mogłem przywieźć z Polski tablice choćby i Syrenki, przykręcić i wracać. Ale kto o tym wiedział? I ta niewiedza kosztowała 350 dolarów dla pośrednika i jakieś 300 za dodatkowe hotele, wtedy w sumie zapłaciłem za cztery noclegi. I nie odebrałem na granicy VAT-u, dobre 22,5 procenta. Ale wiedziałeś w 91 co to jest VAT? Ja też nie. Kolejne podróże były już inne, Polacy uczą się szybko. Aż pewnego dnia przedobrzyłem udając Portugalczyka. Skąd mi to przyszło do głowy? Proste: tak nas widziano w Belgii. Z powodu równie szeleszczącego języka. Miałem portugalskie tablice, skórkowaną marynareczkę, wypomadowałem włosy i dawaj na Świecko! Wszystko poszło by gładko, gdybym nie posadził na miejscu pasażera potężnego misia. Przez niego wpadłem. Spasła baba rzuciła okiem na dowód rejestracyjny po flamandzku, nic nie pojęła bo tego pojąc się nie da, obejrzała szkolną portugalską legitymację z doklejoną moją fotką, w życiu takiej nie widziała, więc nie chciała się popisywać niewiedzą - po czym woła koleżankę i mówi do niej, głośno i przy mnie: Jola, patrz, ten gostek papiery ma w porządku, ale przewiskaj mu tego misia, ch...j wie co tam w środku siedzi. I rozpruli mój prezent dla dzieci. Ze środka wysypało się milion styropianowych kuleczek, zbierałem to i zbierałem, kulki lepiły się do ubrania, do tapicerki, do wszystkiego. OK, dojeżdżam wreszcie do ostatniego szlabanu, tam stał WOP-ista i albo puszczał, albo zawracał do kolejnej kontroli. A kolega z tyłu, dureń barabancki, drze do mnie mordę na cały regulator: Marek, zaczekaj, jadę za tobą! Wopiście drga powieka, a ja nie mam pojęcia co zrobić. I wiesz co mi się przydało? Drę się do tego durnowatego: Nani ki dukan, basta e va! Nani ki dukan to był ten napis na antwerpskim sklepie. A całość nic nie znaczy nawet dla Eskimosów. Wopista mnie puścił bez kłopotów. Pewnie nie mógł potem wyjść ze zdumienia - trzysta metrów za szlabanem czekała już cała polska ferajna. Miałem wtedy Passata z dwulitrowym motorem, to ci dopiero spod tyłka uciekało, nie dał bym się za skarby żadnemu gazikowi.
A generalnie można całe epopeje pisać o tamtych czasach. O tej nieszczęsnej niemieckiej przedsiębiorczości (część zawarłem w opowieści o błaznach, jest tutaj trochę wcześniej), o wojnach z celnikami, później o napadach na trasie Świecko - Poznań. Więc jeśli zgodzimy się, że to była turystyka, to koniecznie trzeba dodać, że turystyka survivalowa. Nie wszyscy wrócili cało. Mnie załatwił swymi manewrami ten skurwiel smok balceron. Najpierw poszło do góry cło minimalne. A potem dolar z 9.500 na 17.300. No ale plemię handlowe miało juz pełne kieszenie, trzeba było ślady zatrzec...
Pozdrawiam!
zaloguj się lub załóż konto aby odpowiedzieć  
Re: Zamach na Europę 
Zenon Jaszczuk, 2011.05.01 o 10:19
Marek Zarębski.
Chyba tak, bo z papierami nie było kłopotów. Chyba z godzinę się czekało. Dzisiaj z przyjemnością wspomina się te wszystkie biznes wycieczki. Ja więcej kołowałem po wschodzie, poprzez Białoruś, Ukrainę, Rosję, Węgry , Rumunia, Turcja, Bułgaria, Czechosłowacja - słynne białe tenisówki, napewno pamiętasz, potem Austrię, Berlin po zasraną pierestrojkę . Pozdrawiam
zaloguj się lub załóż konto aby odpowiedzieć  
podobna tematyka
Były bloger
Zamach na Europę (Historia)
Zenon Jaszczuk
Dwóch policjantów zginęło w wypadku k. Szubina (Polska)
Zenon Jaszczuk
Przychodzi Jan do Zenona. (Humor, satyra)
Były bloger
W sprawie Mazur (Polska)
Malawanda
Gdy susza szosa sucha (Blog)
Były bloger
Zamach na Europę (Historia)
Były bloger
Diamond hunter (Świat)
Były bloger
Kasyno (Świat)
linki, cytaty, nowiny
najwyżej  oceniane
zeszyty tematyczne
najbardziej kontrowersyjne artykuły
najnowsze komentarze

© Polacy.eu.org 2010-2024   Subskrypcje:    Atom   RSS  ↑ do góry ↑